Peregrynacja Czarnego Księżyca - Vision Quest

O praktyce "Vision quest" opowiadał mi Nes W. Kruk, podczas mojego pobytu w Kruczyborze w Osiecznej (Bory Tucholskie). 

Praktyka wywodzi się z tradycji indiańskiej, choć inicjacje poprzez doświadczenie odosobnienia znane są w każdej kulturze plemiennej. Praktyka polega na samotnym udaniu się w odludne miejsce, w naturze, w celu uzyskania wizji, duchowego przewodnictwa, odnalezienia swojego przeznaczenia, sensu istnienia lub odpowiedzi na zadane wcześniej pytanie. Często owa inicjacja trwa to od jednego do kilku dni. Przy czym Nes zwrócił mi uwage na to, że ważna jest nie tylko medytacja w miejscu odosobnienia, ale także odczytywanie znaków pojawiających się podczas wędrówki od momentu opuszczenia domu, aż do powrotu. Wszystko, co się wtedy dzieje, co nas spotyka jest istotne dla naszego procesu, dlatego podlega wnikliwej obserwacji i analizie w kontekście wytyczonego zadania.

Spodobała mi się ta metoda, zarówno jako magia drogi jak i wyprawa po wizje. Postanowiłam ją przetestować przy najbliższej okazji, zwłaszcza, gdy podróże, wędrówki i odosobnienia stanowią nieodłączną część mojego życia.

Czarny Księżyc wyrusza w drogę

Moja praktyka duchowa mocno wiąże się z Księżycem, z którym się utożsamiam, nie tylko poprzez kult bogini Artemis.  Już sam fakt bycia kobietą sprawia, że silnie odczuwam wpływ energii tego ciała niebieskiego.  Zauważam także, że wszelkie praktyki magiczne, rytualne czy symboliczne wykonane w poszczególnych fazach zostają dzięki temu pogłębione a ich efekty wzmocnione. Dlatego idealnym momentem na mój pierwszy poważny Vision quest, czy też jak wolę to nazwać, na peregrynację był czas nowiu.

Nów to faza, podczas której światło słoneczne nie dociera do Księżyca, gdyż jest zasłaniane przez Kulę Ziemską. Księżyc wschodzi i zachodzi niemal wraz ze Słońcem.  Dlatego też nów symbolizuje nowy początek; to najodpowiedniejszy czas na retrospekcje i wizje, refleksje i oczyszczenie.  Tego dnia Księżyc tworzył koniunkcję ze Słońcem i był w znaku Barana.  Jak wspomniałam powyżej każdy nów to czas początków, a Baran dodatkowo dodaje energii, pobudza do aktywności, inicjowania działań, poczucia indywidualności i realizowania własnych potencjałów. Idealna kombinacja, czas i praktyka na to by znaleźć odpowiedzi na nurtujące mnie od dłuższego czasu pytania dotyczące sposobu wydobycia swojej wewnętrznej mocy oraz porzucenia starych schematów i archetypów, z których nie mogę już dłużej czerpać siły.

Chciałam się skoncentrować nie tyle na realizacji swoich pragnień, co odpuszczeniu wszystkiego, co budzi moje wątpliwości, lęki, niechęć; co rodzi złość, konflikty i nieporozumienia. Analogicznie, wierzę, że po usunięciu tych blokad będę mogła zobaczyć to, co budzi we mnie zapał, radość, energię twórczą, chęć do działania, rozwoju i doskonalenia się. 

20150405 170846

Wyruszyłam wraz z Fredem, moim psem w samo południe. Jednak ledwie zdążyłam zamknąć drzwi a już napotkałam pierwszą trudność.  Nie było mojego kija-przewodnika. To mój magiczny kijaszek, zdobiony ochronnymi znakami i przeznaczony od usuwania wszelkich przeszkód na ścieżce. Coż… nigdzie nie mogłam go znaleźć, ani dowiedzieć się czy ktoś go nie zabrał. Pierwszy etap wędrówki zabrało mi, więc uspokajanie swojej złości i całej gromady kotłujących się negatywnych myśli i lęków. Nie podobała mi się wizja podróży bez przewodnika-ochroniarza, a jeszcze większą frustrację budziła we mnie myśl, że ktoś mógł sprofanować mój magiczny przedmiot. Poszłam, więc do jednego z moich miejsc mocy, którym jest brzozowy tron. To jedna z najstarszych brzóz, która jest tak uformowana, że można na niej usiąść jak na fotelu. Uspokoiłam się, zebrałam korę, potrzebną do późniejszego rytuału i ruszyłam w dalszą drogę.  

Mój umysł stał się na tyle jasny, że mogłam sobie uświadomić swoje własne ograniczenia, przywiązanie i siłę, jaką nadaję pewnym rzeczom oraz efekt, jaki to powoduje.  Zobaczyłam też, że to ja sama nadaje sobie blokady na dotarcie do pełni swojej mocy, gdyż wciąż nie potrafię okiełznać swojej wybuchowej natury, swojego ognia. Zobaczyłam siebie, w jakiejś przedcielesnej formie, jak nakładam pewne blokady, niczym kaganiec zakładany dzikiej bestii; ograniczające dostęp do pełni mocy, po to by przypadkiem nie skrzywdzić tych, którzy są blisko mnie, lub tych, których kocham. Skojarzyło mi się to też z Jane z X-menów, której dostęp do pełni mocy Phoenix blokował Xavier, gdyż jak się okazało Jane nie potrafiąc jej kontrolować niszczyła wszystko wokół. Dostęp do pełni mocy ognia jest w moim zasięgu, ale jest to tak nieokiełznana dzika siła, że nie zdziwiły mnie ilości zakładek i blokad, które w sobie odkryłam.

Kolejnym etapem podróży było błądzenie. Zeszłam z drogi gdyż stwierdziłam, że jeśli będę szła szlakiem, który znam nie odkryję żadnych nowych miejsc. I tak zaczęło się przedzieranie przez chaszcze, podchodzenie pod górę, to znowu zejście w dół, przejście przez wioskę, i znowu w górę, ominięcie stada byków, i w dół i ponownie wioska. Pośród domów zauważyłam jeden odświętnie przystrojony, w którym było weselne przyjęcie, a po drugiej stronie ulicy stado owiec. Moja uwagę przykuło czarne jagnię.  Jedną z moich intencji było zerwanie z rolą czarnej owcy w rodzinie. Jednak, gdy przyglądałam się tej owieczce i całemu stadu zobaczyłam, że czarne jagnię nie bierze się znikąd. W stadzie było też kilka innych czarnych owiec, i co czy wszystkie mają się wybielić? Moja intencja nie była już tak oczywista, a problem palący.

W końcu dotarłam na skraj wioski, do miejsca gdzie jest punkt wydobycia wody Żywiec  Zdrój. Jednak nie czułam się jakbym odnalazła życiodajne źródło. Obraz wielkich pomp i świdrów, oraz widok wyschniętych lasów nie był przyjemny.

Uciekłam na przełaj w górę, znalazłam dwa kije i zrobiłam sobie podwójne nogi. Zaraz potem zobaczyłam sarenkę i poszłam za nią ścieżką w głąb lasu.  Pogoda zmieniała się to ze słonecznej na pochmurną z opadami śniegu. W takim momencie zauważyłam brzozową bramę, przeszłam pod nią i doszłam do pięknego miejsca, gdzie na rozległej polanie stał malutki domek. Usiadłam pod rozłożystym drzewem czereśni. Nagle przestał padać śnieg, silny wiatr przegonił chmury a ja mogłam się delektować absolutnie cudowną panoramą gór. Pomyślałam, że jest to dobre miejsce na przystanek, na spisanie dotychczasowych spostrzeżeń oraz zapalenie fajki.

To miejsce naprawdę mnie ukoiło, i jeszcze bardziej utwierdziło w przekonaniu, że właśnie tak chciałabym mieszkać, z dala od wszelkiego zgiełku, pod lasem z cudownym widokiem na pasma górskie, czerpiąc siłę z tej ziemi. Być może będzie to idealne miejsce na ceremonię Beltane…

20150418 153443

Okazało się, że jestem tuż przy czerwonym szlaku, prowadzącym na mój ulubiony szczyt-Rysiankę, z którego przy dobrej widoczności można podziwiać Tarty. Tym razem postanowiłam pójść już wytyczoną ścieżką. Koniec błądzenia i związanych z tym trudności.  Na szlaku było mocno chrześcijańsko. Od razu powitała mnie kapliczka. Jednak zamiast ją ominąć wielkim łukiem postanowiłam bliżej przyjrzeć się umieszczonemu w niej wizerunkowi. Była to Czarna Madonna z blizną na twarzy, przez co błyskawicznie mogłam się z nią zidentyfikować. Madonna wytknęła mi moje czarnowidztwo i pesymizm, ciągłe tonięcie w złych scenariuszach zdarzeń, które mogłyby nastąpić.  Zapytała jak to jest, że chcę dobra (optymizm) a ciągle wybieram zło (pesymizm).  No właśnie nie wiem jak to jest… może po prostu wchodząc w nowe sytuacje staram się dobrze zabezpieczyć, a rozumiem to, jako przygotowanie się na każdą, nawet najgorszą ewentualność, tylko, że… i tak ciągle odbijam się od limitów swojej wyobraźni nie potrafiąc wykreować wszystkich, w tym i absurdalnych wariantów zdarzeń… Ciągle brakuje mi wiary, i dlatego uporczywie szukam potwierdzenia w wielu źródłach zanim w coś uwierzę, a tym bardziej przyjmę, jako swój pogląd.  Może, stąd wynika także moje upodobanie do magii ceremonialnej i wspólnych działaniach, gdyż wtedy uczestnicy stają się także świadkami zdarzeń, są punktem odniesienia i dają możliwość weryfikacji… Myślę, że jest to kolejna ochrona, tym razem przed szaleństwem, który niejako wpisany jest nie tylko w magiczną, ale i artystyczną profesję.

20150418 153212

A skoro o profesji mowa… Kolejny przystanek to Krzyż, a pod nim tablica z wielkim napisem: „Chwała” upamiętniające bohaterskość poległych partyzantów. Chwała, gloria, sława, bohaterstwo, honor, legenda, mit. Ciekawie, bo rozmawiałam niedawno o tych zagadnieniach, usiłując zdefiniować, czym są dla mnie te wartości i w jakich dziedzinach chciałabym żeby się przejawiały w moim życiu.  Mam w sobie jakieś niezaspokojone pragnienie sukcesu, które łączy się z manią wielkości i ambicją. To chęć przodowania, bycia najlepszą. Geniusz i splendor- atrybuty wielkich… Z drugiej jednak strony zauważam jeszcze silniejszą zachłanność na wiedzę, wrażenia i doświadczenia. To wszystko stapia się w mądrość, która jak mi się wydaje, sprawi, że będę zawsze wiedziała jak postąpić i jak się zachować w każdej sytuacji życiowej. A jednak chyba nie da się przygotować do życia tak, by w każdej jednej sekundzie mieć całe spektrum wiedzy i pełen arsenał narzędzi czy to intelektualnych czy sprawnościowych, duchowych czy materialnych. Ale poddać się życiu bez sprawowania nad nim kontroli, bez przewidywania skutków, ufając i wierząc w dobro… to dopiero byłoby szaleństwo…

Doszłam do przełęczy zeszłam na czarny szlak, a gdy złączył się z czerwonym zawróciłam. Po wyjściu z lasu, kiedy byłam już blisko domu poszłam do jednego ze swoich ulubionych miejsc, skąd rozciągają się pola i widok na pasmo górskie, które niegdyś było w posiadaniu mojej rodziny, a obecnie ostał się tylko szczyt jednej góry należący do mojego kuzyna.. Cóż… komunizm i upaństwawianie lasów zrobiło swoje.  

Za szczytami gór powoli zachodziło Słońce, zachodził też Księżyc.  To był moment na rozpalenie ognia, pod brzózkami, używając do tego znalezionych gałęzi tego świętego drzewa. Ogienek był mały, ale wystarczający by spalić w nim wizerunki swoich zwierząt mocy, które wykorzystywałam w swoich pierwszych magicznych performensach. To były moje dawne medaliony, teraz stanowiły symbol odejścia starego by mogło nadejść nowe.  Następnie przyszła kolej na moje intencje i życzenia. Spisywałam je na kawałkach brzozowej kory wziętej z mojego miejsca mocy i spalałam w dopalającym się już ogniu, okadzając się przy tym słodko pachnącym dymem.  To było pożegnanie tego, co już nie jest mi potrzebne oraz głębokie oczyszczanie i odpuszczanie. Wkrótce pozostał już tylko żar. Kiedy byłam w Osiecznej i tą formę ognia wykorzystywałam do magicznych celów. Niesamowitym było patrzeć na te czerwone migoczące węgle, móc zbliżyć się do ciepła, usiąść nad paleniskiem i wzniecić moc łona. Zrobiłam to po raz pierwszy właśnie tam, podczas rytuału Zaćmienia Słońca.  I tym razem usadowiłam się nad paleniskiem nie tyle ogrzewając się, co wciągając ciepło do wewnątrz, mieszając ciepło żaru z moim, pozwalając by ta energia mnie wypełniła. 

W końcu przyszedł czas by wrócić do domu. To była ponad ośmiogodzinna wyprawa, moja pierwsza tak szczególna wędrówka, odkrywająca przede mną wiele nowych możliwości, wglądów i mocy. Z całą pewnością będę praktykować tą formę magii częściej i polecam ją innym.